Inowrocław

with Brak komentarzy

Inowrocław to moja miłość od pierwszego pobytu. Pamiętam, była jesień… a właściwie jej końcówka, mi było bardzo źle, bo właśnie dowiedziałam się, że jestem chora. Kiedy, pierwszy raz po diagnozie, odwiedziłam mojego Wówczas-Jeszcze-Nie-Męża, zabrał mnie na wycieczkę do Inowrocławia. Pogoda była listopadowa – niebo zasnute chmurami, a w powietrzu unosiła się taka wilgoć, że uszkodził się mój nieodłączny towarzysz wycieczek – aparat fotograficzny. Nie przeszkadzało mi to. We Wrocławiu przywykłam, że jesień mieni się odcieniami złota i brązu, w Inowrocławiu to tych barw dochodziła zieleń drzew iglastych i jesienne odcienie czerwieni. Wiedziałam, że jeszcze tu będę wracać. I wracałam. Z Jeszcze-Nie-Mężem, później z Mężem i małymi dziećmi a od niedawna – sama lub z dziećmi.

Obostrzenia związane z pandemią jakoś szczególnie na mnie nie wpłynęły. Zdecydowanie wolę gotować, niż jadać w restauracjach, dystans towarzyski to coś, co jest mi bliskie od zawsze, a na spacery chadzałam drogami, na których mogłam iść bez namordnika. Tym, czego mi najbardziej brakowało, były wycieczki do Ino. Owszem, niby mogłam pojechać, bo pociągi wciąż kursowały, a Ino zimą jest równie piękny jak latem czy jesienią, tylko jak tu jechać gdziekolwiek zimową porą, jak nie ma możliwości, by gdzieś wejść na ciepły posiłek czy choćby usiąść na ławeczce i napić się przywiezionej z domu w termosie gorącej kawy czy herbaty? Trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać. Na otwarcie restauracji lub na poprawę pogody. Doczekałam tego pierwszego i pojechałam. Już w środę korzystając, że środę, czwartek i piątek dzieci miały wolne od szkoły.

Z uwagi na to, że wciąż jeszcze w przestrzeni publicznej trzeba nosić namordniki, do Parku Solankowego udałam się najkrótszą drogą: ulicą Magazynową. Po około dwudziestu minutach szybkiego marszu można już było zdjąć namordnik, spryskać spirytem, by zabić namnażające się podczas oddychania bakterie, przyczepić do paska od torebki, by wysechł, odetchnąć wreszcie pełną piersią i ustrzelić wiewiórkę, która zatrzymała się na drzewie, jakby pozując do zdjęcia. Tak jak u siebie na osiedlu mam dziki, bażanty, kaczki krzyżówki i czasami zające, tak do Ino jeżdżę także po to, by podziwiać wiewiórki. Dlatego każda napotkana mnie cieszy… bardziej niż dzik na osiedlu.

Później była krótka przerwa na lody i spacer Dębową Aleją Gwiazd do ogrodów zapachowych.

Liczyłam, że chociaż zioła w ogródku wonnym już kwitną – niestety, wszystko było zielone i ani aromaty uspokajające, ani żadne inne ziołowe nie unosiły się w powietrzu. Na szczęście kwitły okoliczne drzewa, napełniając powietrze przecudną kwiatową wonią.

Z oczekujących na swoją porę ogrodów kwiatowych przeszłam do fit parku, żeby trochę poćwiczyć, w czasie gdy latorośle szalały na placu zabaw. Nie, żeby nie było jednego i drugiego pod dostatkiem na naszym osiedlu, ale do inowrocławskiego fit parku mam sentyment, bo był tu jeszcze zanim u nas zaczęły masowo powstawać. Podobnie jak tyrolka na placu zabaw.

Prosto z fit placu zabaw udałam się pod tężnie. Widać, przygotowują się na sezon, bowiem tylko z połowy skapywała solanka, trawa na trawniki była dopiero zasiana, więc mowy nie było grze w warcaby czy chińczyka, bo zajęcie miejsca przy stoliku oznaczałoby wdeptanie świeżo posianej trawy w ziemię.Na szczęście fontanna działa, więc choć jeszcze nie do końca, ale już jest pięknie.

 

Ponieważ dzień był upalny, pijalnie wód nieczynne, tężnie czynne tylko w połowie, postanowiłam wrócić do domu wcześniejszym pociągiem. W drodze na dworzec mijałam sanatorium „Pod Tężniami”, przy którym udało mi się upolować tracące już płatki, ale wciąż zachwycające, magnolie.

 

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.