Wyprawa do Roboparku

with Brak komentarzy

Dziecko moje starsze, przyniosło ze szkoły, dla siebie i młodszego rodzeństwa „bezpłatne” bilety na wystawę Roboparku. Bilety bezpłatne są oczywiście dla dziecka, ale na każdym bilecie jest wyraźnie napisane (serio,każdy posiadacz standardowej lupy bez problemu przeczyta), że na taki bilet może wejść jedno dziecko z jednym rodzicem, który musi bilet już musi sobie kupić. Oczywiście, lupa nie była dołączona do biletu, więc dzieć wie tylko, że za darmo i już jest napalony na zwiedzanie wystawy, już się z kolegami umawia na wyjazd. Nieważne, że nie ma numerów telefonów kolegów, więc nie ma jak się zorientować, co na to ich rodzice, umówił się i już. Po długim namyśle i burzy mózgów przeprowadzonej z małżonkiem, na moim smartfonie ląduje potwierdzenie zakupu biletu (wartość ok. 50 PLN) i jedziem z dzieciem do centrum handlowego, w którym odbywa się wystawa. Koledzy z rodzicami są na miejscu, przynajmniej niektórzy. Rodzice się umówili wcześniej i kupili jeden wspólny bilet, żeby taniej było. Po dołączeniu brakującego dziecia, wjeżdżamy na pięterko centrum handlowego a tam kolejka z zawijasem. Z rozmów dowiadujemy się, że ludzie, będący w pewnej odległości od wejścia czekają już od dwóch godzin. Umawiamy się więc na dzień następny (niedzielę), na całkiem młodą godzinę czyli parę minut po 11 bezpośrednio w centrum handlowym. Kolejka jakby krótsza, widać ludzie prosto ze mszy na obiad do domu poszli albo na mszę chodzą na 12. Centrum handlowe w niedzielę całkiem przyjemne, takie jakieś nie za ludne, więc te dwie godziny w kolejce szybko nam upływają (zupełnie, jakby nie dwie, ale jedynie godzinę i czterdzieści pięć minut człowiek czekał). Około 14.00 udaje nam się wejść. Przed wejściem okazuje się, że wcale taka stratna na gotówce nie byłam z powodu, że nie załapałam się na zbiorczy bilet. Gdzieś tam bardzo wyraźnie ale w mało widocznym fragmencie strony być musiało napisane, że ten zbiorczy obowiązuje tylko w dni powszednie, więc pozostałe matki musiały na miejscu dopłacić. Jeszcze przed wejściem przesympatyczne panie zaproponowały mi dodatkowe warsztaty dla dziecka. Oczywiście odpłatne. Wyjaśniłam paniom, że ja mam jeszcze drugie dziecko, które też ma bezpłatny bilet, a ja mam też inne wydatki. I wchodzimy.

Wiadomo, jak na wystawę są tłumy to jednorazowo tych dzieci z rodzicami trochę jest, więc nie z każdą atrakcją da się zapoznać tak dokładnie, jak by się chciało. I tak naprawdę to dorośli płacą za to, by towarzyszyć potomstwu, bo z atrakcji dla dorosłych były: robot, który odkurza (ale raczej nie zobaczy, czy nie wciąga cennego drobiazgu, który przypadkeim znalazł się na jego drodze) oraz robot, który myje okna. Dalej były urocze elektryczne pająki, które akurat wymagały doładowania; urocze elektryczne zwierzątka, które reagują na głaskanie (Philip K. Dick byłby zachwycony, że ziszcza się jego wizja, chociaż elektornicznych owiec akurat nie było); Furby, które podobno potrafią ze sobą rozmawiać i jeśli „wychowują się” w różnych domach, dzielić się wrażeniami i doświadczeniami (zastanawia, dokąd płyną dane zbierane przez taką sztuczną inteligencję w domach właścicieli); sklepik z gadżetami i niewykluczone, że coś jeszcze, ale matka jest głównie od tego, żeby patrzeć za dzieckiem a nie oglądać to, czym nie jest zainteresowana. W drugiej części pomieszczenia były interaktywne atrakcje dla dzieci. Można było na przykład dać się przyczepić do siedzenia, które następnie było obracane we wszystkich kierunkach, co skojarzyło mi się z treningiem przyszłych astronautów. Skoro urządzenie było ręcznie obsługiwane przez człowieka, mogłam liczyć, że jeśli dziecku zrobi się niedobrze, pan od razu zaprzestanie obrotów. Po ponad dwóch minutach dziecku nie zrobiło się niedobrze, ale musiało schodzić, bo inne też się chciały pokręcić. Był też teatr robotów, co polegało mniej więcej na tym, że dzieci miały robić wielki hałas po to, by robot się objawił i, przy wyładowaniach elektrycznych, robił jeszcze większy. Jedną z utrudniających życie cech mojego starszego dziecka jest kiepska tolerancja hałasu, więc zamiast zachwycać się wyładowaniami, szybko dziecko uciekło od źródła hałasu. Ja za nim, w związku z tym nie miałam okazji zobaczyć, jak wyglądało przedstawienie z udziałem dzieci i robota. Później, kiedy hałas nieco zelżałł, dziecko przez chwilę postało sobie w kolejce do gogli VR, przez moment pobyło w wirtualnej rzeczywistości, po czym z bólem głowy spowodowanym nadmiarem hałasu wrażeń, ale uszczęśliwione wycieczką, udało się, wraz z rodzicielką, do domu. Przed wyjściem zakupiłam na „stoisku z pamiątkami” jajko niespodziankę dla dziecka młodszego, na wypadek, gdyby – pomimo posiadania bezpłatnej wejściówki – jednak miało się nie wybrać na wystawę. Niespodzianką w jajku był dinozaur, który po czterdziestu ośmiu godzinach leżakowania w wodzie miał się wykluć. Wykluł się po niecałych dwudziestu czterech. Chociaż, może po kolejnych dwudziestu czterech by trochę urósł? Cóż, cierpliwość dziecka młodszego nie pozwoliła tego sprawdzić.

 

 

 

Dziecko na wystawę weszło za darmo i wyszło szczęśliwe. Ja weszłam za pieniądze i wyszłam zmęczona i znudzona. Ogólnie wyglądało to tak, że dziecko za darmo podziwiało różne elektroniczne gadżety, tymczasem ja zapłaciłam za to, żeby móc czuwać, żeby dziecko nie uszkodziło siebie lub gadżetów. Wolę nad dzieckiem czuwać tam, gdzie płacić za samo czuwanie nie muszę i w okolicznościach przyrody, które mnie też sprawiają przyjemność.

Podziel się:

Zostaw Komentarz