Sole. Niekoniecznie trzeźwiące

with Brak komentarzy

Dziś jak kto zasłabnie to – w zależności od okoliczności – wymierza się mu siarczysty policzek lub wzywa karetkę. Kiedy czytamy zaś powieści, których fabuła osadzona jest w czasach dawniejszych, dowiadujemy się, że omdlałemu delikwentowi podaje się doustnie mocny trunek, delikwentkę zaś cuci się podając jej  pod nos sole trzeźwiące. Chyba nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czymże owe sole trzeźwiące być mogą. Stanowiły dla mnie koloryt dawnych czasów, podobnie jak globus, którego regularnie dostawała Emilia Korczyńska w Nad Niemnem. Tak naprawdę do tej pory nie wiem, czym konkretnie były owe sole trzeźwiące, jednak powoli zaczynam mieć pewne podejrzenia.

Dziecko moje młodsze jest cokolwiek nadpobudliwe. Ja sobie z tą nadpobudliwością jakoś radzę, ciało pedagogiczne – niekoniecznie, w związku z czym co rusz proszona jestem, bym odebrała swoją pociechę wcześniej ze szkoły. Dziecko bardzo się stara panować nad nadpobudliwością, jednak – jak to się często zdarza – im bardziej się stara, tym gorzej wychodzi. Ponieważ na leki nie najlepiej reaguje, staram się stosować jakieś metody naturalne. Pije więc sobie dziecko od czasu do czasu melisę, ruchu ma w miarę dużo, komputera w miarę mało itepe, itede, itepe. Któregoś pięknego dnia zakupiłam olejek aromatyczny melisowy… i nie do końca wiedziałam co z nim zrobić, żeby było dobrze. Kiedy zbliżał się czas powrotu do szkoły po zdalnym nauczaniu, dziecko tak się na to cieszyło, że ja już zaczynałam się obawiać, jak długo w tej szkole pierwszego dnia pobędzie. I nagle mnie oświeciło. Przypomniałam sobie, że na blogu Klaudyny Hebdy – specjalistki od aromaterapii, przeczytałam, iż jedna z jej klientek któryś z leczniczych olejków wymieszała z solą, zamknęła w małym słoiczku i w pracy dyskretnie wącha, gdy nos się zaczyna zatykać, i że to pomaga. Pomyślałam, że skoro już olejek melisowy mam, sól kamienną i małe słoiczki również, to może tak spróbować wsypać soli do słoiczka po koncentracie pomidorowym, wlać tam kilkanaście kropli olejku z melisy, zakręcić i dawać dziecku do powąchania przed wyjściem do szkoły. Podziałało. Nie wiem, czy na zasadzie placebo, czy rzeczywiście to zasługa olejku, ale raczej już nie jestem niepokojona przez ciało pedagogiczne.

Sobie też postanowiłam zrobić sól zapachową, taką na poprawę humoru. Nie będę się upierać, że olejek z drzewa różanego – wbrew temu, co głosi ulotka dołączona do niego – absolutnie i wcale nie poprawia humoru. Tylko żeby jakaś substancja aromatyczna poprawiała humor, jej zapach powinien się podobać, a mnie woń drzewa różanego niekoniecznie przypadła do gustu. Ale słoiczek z solą już jest. Jeśli nabędę olejek, którego aromat naprawdę będzie poprawiał mi humor, tę zużyję w charakterze soli do moczenia zmęczonych stóp. Tymczasem dziecko starsze poczuło się pokrzywdzone, bo własnego słoiczka z solą nie miało, a woń drzewa różanego też mu do gustu nie przypadła, więc swojego słoiczka nie mogłam mu sprezentować. Podobnie  entuzjazmu nie wzbudziła woń żadnego innego olejku jaki posiadałam. Kto jednak powiedział, że woń ze słoiczka z solą musi się podobać? Musi na coś pomagać, bo w końcu aromaterapia, jak każda inna terapia, na coś musi pomagać. Kiedy więc któregoś pięknego dnia dziecko starsze wróciło z sanek z mocno cieknącym nosem, już wiedziałam co robić. Do kolejnego malutkiego słoiczka wsypałam soli, nalałam kilka kropli olejku miętowego i kilkanaście – olejku eukaliptusowego i dałam dziecku do powąchania. Po kilku głębokich wdechach drogi oddechowe zostały udrożnione. Oczywiście nosa mocno zatkanego  taka sól nie odetka, ale na samym początku przeziębienia, żeby zdusić katar w zarodku, jest jak znalazł. W ten sposób mamy już w domu trzy sole aromatyczne, z których dwie działają.

I kiedy tak sobie kombinowałam z tymi solami, na co jeszcze można by taką zrobić, pomyślałam, że dawniej, kiedy większość ludzi mieszkała na wsiach, i kiedy lasów było zdecydowanie więcej niż dziś, ludzie leczyli się tym, co dawała natura. I pewnie te sole trzeźwiące to były rozmaite olejki o właściwościach pobudzających wymieszane z solą i zamknięte w jakimś ozdobnym puzderku (bo jakoś nie czytałam, żeby przedstawicielki niższych warstw społecznych były czymś takim cucone). Wprawdzie moje sole raczej nikomu nie przywrócą świadomości, a moje słoiczki po koncentratach nijak nie przypominają ozdobnych puzderek z dawnych lat, dzięki nim choć przez chwilę mogę się poczuć jak heroina z dawnych powieści.

Podziel się:

Zostaw Komentarz