Gdańsk Brzeźno

Wsiąść do pociągu byle jakiego,
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet…
*

Lata 70. minęły już dawno temu, więc aż tak pięknie, jak w piosence Czerwonych Gitar teraz nie było. Brak troski o bilet może okazać się kosztowny. Ale pociągi coraz mnie byle jakie i w dodatku zaczynało ich kursować coraz więcej. Dzięki temu Regina mogła od czasu do czasu wybrać się pozwiedzać pobliskie miasta i miasteczka, nie robiąc przerwy w pracy. Bynajmniej nie próbując uciekać od jesieni.

Teraz zapragnęła zobaczyć plażę. Taką bez parawanów, z niewielką ilością spacerowiczów. O bilet zadbała dzień wcześniej, tak na wszelki wypadek, gdyby miejsc miał zabraknąć. Do torby spakowała laptop i ruter (czemuś nie ufała publicznym sieciom Wi-Fi) i ruszyła do Gdańska. W trakcie dwóch godzin jazdy poprawiła większość tekstu, który zaplanowała na dziś, resztę skończyła na dworcowej kawiarni. Potem jeszcze pół godziny albo i dłużej błąkała się po dworcu by kupić bilet powrotny i trafić na przystanek tramwajowy. A potem już tylko plaża, plaża, plaża.

Mogła wybrać Stogi albo Jelitkowo, ale i tak pojechała do Brzeźna. Tamtą okolicę już znała, wiedziała, gdzie może się schować w razie deszczu. I choć przez chwilę chciała posiedzieć na molo. Zdecydowanie mniej obleganym niż to sopockie.

Tramwajem dojechała prawie pod samą plażę. Jak przypuszczała, ludzi było mało. Pogoda była piękna jak na październik. Wiatr wiał delikatny, słońce świeciło, ale i chmur na niebie nie brakowało.

Regina przywykła, że plażą może spacerować długo. Bardzo długo. Tylko to było jakieś dwadzieścia kilolat wcześniej. I zawsze spacerowała tak, by woda obmywała jej stopy. Teraz zaś musiała iść po suchym piasku, co było zdecydowanie trudniejsze, więc dojście od pętli tramwajowej do mola kosztowało ją niewiele mniej wysiłku niż dawniej spacer od mola w Brzeźnie do mola w Sopocie.

Ale i tak warto było. Choćby po to, żeby po raz pierwszy w życiu zobaczyć tęczę. Pełny łuk, którego krańców nie przysłaniały drzewa lub budynki i który nie przerywał się gdzieś w środku. Zdecydowanie dla tej tęczy warto było znieść przelotny deszcz. Nawet gdyby deszcz był mniej przelotny i wizytę na molo miała przypłacić przeziębieniem. A i gdzieś w głębi duszy miała nadzieję, że podczas spaceru spaliła więcej kalorii, niż w trakcie takiego samego miejskimi drogami.

Audiobooka ze sobą w podróż nie brała. Nie tylko dlatego, że drugi tom objawień izraelskiego historyka nużył ją bardziej niż Sapiens. Po prostu, chodząc wzdłuż plaży wolała wsłuchiwać się w szum fal i skrzeczenie mew. Było to zdecydowanie bardziej odprężające niż jakikolwiek audiobook czy muzyka.

*Czerwone Gitary „Remedium”, sł. Magdalena Czapińska muz. Seweryn Krajewski, Czerwone Gitary 1978

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *